Zostałam natchniona w sekundę na posta.
Jak ważny w życiu dziecka jest ojciec.
Jak wiele od niego dziecko wymaga i oczekuje.
Jak ogranioczone jest życie dziecka bez ojca.
Jak ciężko dziekcu zrozumieć, dlaczego go nie ma, albo dlaczego się nie udziela.
Ja nie zrozumiem nigdy.
Nigdy nie będę piotrafiła pojąć dlaczego mój ma mnie zawsze w dupie.
Przecież ma się czym pochwalić.
Ale nie chce.
Może nie dorósł?
Może nie chciał?
Nie wiem.
Nigdy też się nie dowiem.
Nigdy nie czułam od niego miłości.
PO prostu był przez jakiś czas.
Przez dwa tygodnie wymuszonych przez matkę wakacji.
Dopiero od kilku lat, chyba od 18 roku życia zaczełam rozumieć jak ważnej części życia zostałam pozbawiona.
Jak wiele nie wiem, bo matka wszystkiego nie przekaże.
Jak bardzo szukałam ojca w swoich wyborach facetów.
Chciałabym być przychoterapeutą kiedyś, może.
I strasznie już teraz boję się swojej terapii.
Tak bardzo skrywane emocje na temat ojca, czasami wypływają po jakimś niespodziewanym bodźcu.
Maleńkim.
Jak ważny jest ojciec.
Jak bardzo chciałam, żeby moje dziecko miało właściwego, kochającego ojca.
Żeby nas nigdy nie zostawiał.
Nie dla mnie.
Bo ja już to przeżyłam i mnie by to nie dotknęło aż tak.
Ale dziecko.
Wiecie, że dziecko wychowujące się bez ojca, ma skrzywioną psychikę i nigdy nie będzie traktować mężczyzn jak normalna córka z pełnej rodziny?
Będzie musiała przejść wiele barier.
Wydobyć z siebie masę zaufania.
Jak bardzo chciałabym, żeby mój ojciec to kiedyś przeczytał.
żeby poszło mu w pięty.
żeby poczuł chociaż część mojego bólu..
że też to nie działa w dwie strony.
wiem, że teraz żyje się w rozbitych rodzinach.
K. też z takiej jest.
ale nie róbmy z naszych dzieci półsierot.
Wybierajmy odpowiedzialnych, poczuwających się partnerów.
Wierzmy w to, że my możemy stworzyć piękną, trwałą rodzinę.
To takie ważne dla przyszłości dzieci.
Myślę, że związki partnerskie stworzone zostały pod kątem ludzi, którzy wychowali się w rozbitych rodzinach.
Żeby było łatwiej odejść.
Podświadomie myśląc oczywiście.
Świadomie nikt, się do tego nie przyzna.
wtorek, 10 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
Trochę z psychologii rozwoju
Uwielbiam studiować! Gdyby mnie było stać to studiowałabym do końca życia:D
Oczywiści najbardziej kocham te przedmioty, które wnoszą coś mega wielkiego do mojej głowy.
Psychologia rozwoju i osobowości.
To dla młodej matki jak wisienka na torcie, a nie jak katorga najgorszego egzaminu na pedagogice.
Wczorajsze calodzienne zajęcia..
coś pięknego.
Śpieszę Wam przekazać wiedzę zdobytą na ćwiczeniach.
Nie jest kompletna.
Nie będzie rozwinięcia na 3 kartki o jednym.
Będzie W pigułce o wszystkim co mnie fascynuje.
:)
To, że dziecko potrzebuje matczynego bezpieczeństwa to każdy wie.
Ale już to, że dziecko potrzebuje miłości matki do swojego rozwoju wszystkich układów- już nie każdy.
Matka stoi wyżej niż pokarm.
Dzieci, które nie mają relacji z bliskimi(np, te z domu dziecka) nie rosną, nie rozwijają się- występuje u nich Niedorozwój Społeczny.
Jest to ogromny problem nadal na świecie. Nadal mamy sierocińce i domy opieki, gdzie dzieci, są niczyje.
Nie mają bliskiej im osoby, która stymuluje i bodźcuje jego rozwój.
Nie zagłębiam się w ten temat, bo post nie ma Was doprowadzić do łez i szoku, ale do refleksji;)
Dziecko przychodząc na świat, samo daje sygnał swoimi hormonami do mózgu matki, że "już czas".
Wtedy to oksytocyna wydzielana przez ukł. hormonalny matki daje znać org do skurczy.
Bardzo nie dobre do prawidłowego rozwoju dziecka jest cesarskie cięcie robione matkom, którym nawet nie próbuje wywołać się porody środkami farmakologicznymi.
Dzieci takie i po cesarce, która poprzedzona była wywołaniem porodu, bądź porodem naturalnym, który nie postępował, mają bardzo często astmę, gdyż nie było ono na tyle dojrzałe, żeby wyjść.
Po urodzeniu dziecko tworzy z rodzicami, a głównie z matką głęboką więź biologiczną.
Więź ta jest na tyle silna, że osoby oddzielone od matki po porodzie lub bardzo wcześnie, spotkając matkę biologiczną w wieku 20 lat np. jako przechodnia na ulicy, potrafią ją rozpoznać (poczuć) jako własną.
Z matką dzieję się podobnie.
Mamy na sobie wielkią odpowiedzialność, moje drogie, ponieważ dzieci nie tylko uczą się od nas, rozpoznają nas nie widząc nas x lat, ale to my układamy ich życie od urodzenia, to my je rzeżbimy.
Rzeźbimy ich psychikę.
Dziecko widząc co robi matka lub ojciec, uczy się tych zachowań i przekłada je na relacje z innymi dziećmi czy dorosłymi.(ok, o tym wiedziałam)
Zaskoczyło mnie jednak to, że dziecko nie tylko patrzy na pojedynczych nas.
Patrzy też na swoich rodziców jak odnoszą się do siebie nawzajem i naśladuje ich w kontaktach z innymi.
Jest to bardzo niebezpieczne i dlatego u nas w domu panuje od wczoraj zasada "nic złego przy dziecku"
Prawdą jest też to, że wynosimy z życia rodzinnego pewne schematy zachowań.
Wiemy o tym i mówimy sobie np(wezme ten najbardziej kontrowersyjny temat ostatnio)
"Moi rodzice mnie bili, ale ja nie będę taki w stosunku do swojego dziecka"
Jak bardzo się niestety mylimy.
Wczoraj nawet zaobserwowałam u znajomych taką zależność.
Córka zachowała się jak matka.
Identycznie, nawet nieświadomie.
Jeżeli ktoś był bity w domu, to jak najbardziej prwdopodobne jest to, że swoje dzieci też bić będzie.
Jedyne co pomoże, to uświadomienie sobie tego i NAUKA innego reagowania(np. jeżeli chodzi o bicie)
Ile razy sama wypowiadając nawet jakieś słowa w złości do Nataszy mówię jak moja matka.
I nie chce tego,
Bie nie podobało mi się jak moja tak mówiła, ale ja jestem na etapie, że po prostu nie umiem inaczej.
Bo tak jestem nauczona.
To samo moja siostra.
Spójrzcie na siebie i powiedzcie, czy nie jesteście swoją mama? w dobrym i złym tonie.
Co do rozwoju dziecka.
Najlepszą wersją rozwoju jest kiedy dziecko może przebywać z matką i rozwijać się przy niej do 5 roku życia.
W 3 roku życia malec jest w stanie wytrzymać max. 5 godzin w przedszkolu.
Im wcześniej posyła się go do żłobka czy przedszkola, tym bardziej ingeruje się w jego rozwój.
Chodzi tutaj o to, że dziecko może i lubi spędzać czas z dziećmi.
Jednak potrzbuje też relacji z matką sam na sam i samodzielnej zabawy.
Po 10 h spędzonych w przedszkolu, odliczając czas na kąpanie, jedzenie i sen, dziecko właściwie wcale nie ma kontaktu z najbliższą mu osobą.
Przedszkole ma też to coś, że mimo iż nie może uczyć, uczy.
Uczy wykonywać polecenia, tak jak w szkole.
Nie ma tam czasu na samodzielną zabawę własną.
To samo dzieje się też w domu, kiedy dziecko jest tylko z matką.
Niektórym mamom wydaje się, że dziecko siedząc samotnie gdzieś, robiąc coś samodzielnie, nudzi się.
Nie, nic jak najbardziej mylnego.
Dziecko potrzebuje czasu wolnego od wszystkich.
Potrzebuje czaus na kreatywną, samodzielną zabawę.
Buduje wtedy swoją wyobraźnię, samodzielność, kreatywność.
Nie psujmy tego.
Ja widzę, że moje dziecko mnei czasem po prostu nie potrzebuje.
Ma swój plan w głowie i akurat teraz ma ochotę pobawić się sama nie wciągając mnie nawet w odzywanie się.
Siada i sama ogląda książeczki, przekłada z wiaderka nakrętki, gra na pianinku i tańczy sama z sobą.
Widzę, że też chce mieć swój czas na balkonie.
Gdzie jak coś ją zainteresuje to zawoła, ale wcale nie każe przy sobie siedzieć.
Sama się stymuluje, bodźcami tylko ją interesującymi.
Okazało się też, że bardzo łatwo intgerujemy w kreatywności i pomysł dziecka.
Sytuacja:
Tata wraca z pracy, dziecko ułożyło wierzę, woła tatę.
Tata podchodzi i mówi:" alee wieża, ale przecież to nie tak się buduje, trzeba te klocki tu, a te tu.."
Dz:"ale ja tak nie chce, chce tak"
T:"ale tak sie nie robi"
I tutaj wchdozimy z buciorami w głowe dziecka i narzucamy mu nasz pomysł, a dziecko uczymy, że to my mamy racje i ono musi słuchać innych.
Niszczymy w nim wtedy ten zapał, tą cudowną tak potrzebną naszej młodzieży wyobraźnie.
Obecnie nastolatkowie nie potrafią nic zrobić sami, dopóki im się nie powie co robić.
Dzieci nie potrafią się same bawić, bo nie wiedzą w co, bo zawsze mama mówiła w co się bawić a nagle mówić nie chce.
Tak samo pytałam panią dr. psycholog o metody uczenia malutkich dzieci.
Ona jest przeciwna.
Według niej dziecko powinno samo chcieć się uczyć, a nie znów dostać narzucony materiał do opanowania i znów robić coś co nie rozumie, że jest mu do czegokolwiek potrzebne.
Dziecki uczą się najlepiej wtedy, kiedy wiedzą, że im się to przyda, że będą mogły tą wiedzę wykorzystać.
Podała przykład, jak dziecko bawiące się w swoim pokoju, wbiega do mamy i krzyczy:" mamo! a jakie zwierzęta żyją w Afryce?"
I wtedy następuje największe wchłanianie wiedzy.
Dziecko pyta, chce wiedzieć.
Mówimy mu, a ono zapamiętuje to na całe życie.
Od kilku dni proszę K. żeby zwracał uwagę na podejścia dziecka.
Kiedy przynosi mu książeczkę, kedy pokazuje coś przez okno, kiedy coś usłyszy.
Ja mówi wszystko.
Opowiadam o tym.
Chcę, żeby wiedziała jak najwięcej jeżeli już zapytała.
Poswiadomi ją uczę.
Każda z nas na pewno tak robi.
Dowiedziałam się też, że każde dziecko mając swój temaperament potrzebuje innego podejścia.
Jeżeli dziecko o coś prosi to znaczy, że tego potrzebuje.
Jeżeli pragnei noszenia, to nie to, że znęca się nad rodzicem i się przyzwyczaiło (tutaj przypomina mi się Mama Okruszka, kiedy pisała, że Okruszek cały czas chce być noszony)
Monika, widocznie tego potrzebował, a ja zamiast radzić Ci, żebyś uczyła go bawić się samodzielnie, powinnam Ci mówić :"noście go, widocznie bardziej niż inne dzieci potrzebuje waszej bliskości".:)
Jeżeli rodzic chce, żeby dziecko współpracowało z nim, to musi wziąć pod uwagę temperament dziecka.
Nie klasyfikujmy dzieci jako takie same.
Każdo jest inne i do każdego trzeba inaczej podejść.
Chciałabym podsumowując napisać, że prosze Was Matki:)
pozwólcie swoim dzieciom na odrobine samodzielności i prywatności.
Nie podkładajcie im co chcile nowej zabawki jak siedzi o coś robi samo.
Ono się nie nudzi.
Samo poprosi jak mu się znudzi samotność o towarzystwo.
Dzieci są bardzo inteligentne i maja swoje JA.
Wiedzą jak przeżyć.
:)
na koniec polecam książki.
Nie poradniki!
Książki psychologiczne o rozwoju dziecka.
Bardzo przystępne dla ludzi;)
Sue Gerhardt "Znaczenie miłości"
TU
Jasper Juul "Twoja kompetentna rodzina"
TU
Jasper Juul "Twoje kompetentne dziecko"
TU
Bardzo dobre pozycje polecane przez psychologów.
:)
Oczywiści najbardziej kocham te przedmioty, które wnoszą coś mega wielkiego do mojej głowy.
Psychologia rozwoju i osobowości.
To dla młodej matki jak wisienka na torcie, a nie jak katorga najgorszego egzaminu na pedagogice.
Wczorajsze calodzienne zajęcia..
coś pięknego.
Śpieszę Wam przekazać wiedzę zdobytą na ćwiczeniach.
Nie jest kompletna.
Nie będzie rozwinięcia na 3 kartki o jednym.
Będzie W pigułce o wszystkim co mnie fascynuje.
:)
To, że dziecko potrzebuje matczynego bezpieczeństwa to każdy wie.
Ale już to, że dziecko potrzebuje miłości matki do swojego rozwoju wszystkich układów- już nie każdy.
Matka stoi wyżej niż pokarm.
Dzieci, które nie mają relacji z bliskimi(np, te z domu dziecka) nie rosną, nie rozwijają się- występuje u nich Niedorozwój Społeczny.
Jest to ogromny problem nadal na świecie. Nadal mamy sierocińce i domy opieki, gdzie dzieci, są niczyje.
Nie mają bliskiej im osoby, która stymuluje i bodźcuje jego rozwój.
Nie zagłębiam się w ten temat, bo post nie ma Was doprowadzić do łez i szoku, ale do refleksji;)
Dziecko przychodząc na świat, samo daje sygnał swoimi hormonami do mózgu matki, że "już czas".
Wtedy to oksytocyna wydzielana przez ukł. hormonalny matki daje znać org do skurczy.
Bardzo nie dobre do prawidłowego rozwoju dziecka jest cesarskie cięcie robione matkom, którym nawet nie próbuje wywołać się porody środkami farmakologicznymi.
Dzieci takie i po cesarce, która poprzedzona była wywołaniem porodu, bądź porodem naturalnym, który nie postępował, mają bardzo często astmę, gdyż nie było ono na tyle dojrzałe, żeby wyjść.
Po urodzeniu dziecko tworzy z rodzicami, a głównie z matką głęboką więź biologiczną.
Więź ta jest na tyle silna, że osoby oddzielone od matki po porodzie lub bardzo wcześnie, spotkając matkę biologiczną w wieku 20 lat np. jako przechodnia na ulicy, potrafią ją rozpoznać (poczuć) jako własną.
Z matką dzieję się podobnie.
Mamy na sobie wielkią odpowiedzialność, moje drogie, ponieważ dzieci nie tylko uczą się od nas, rozpoznają nas nie widząc nas x lat, ale to my układamy ich życie od urodzenia, to my je rzeżbimy.
Rzeźbimy ich psychikę.
Dziecko widząc co robi matka lub ojciec, uczy się tych zachowań i przekłada je na relacje z innymi dziećmi czy dorosłymi.(ok, o tym wiedziałam)
Zaskoczyło mnie jednak to, że dziecko nie tylko patrzy na pojedynczych nas.
Patrzy też na swoich rodziców jak odnoszą się do siebie nawzajem i naśladuje ich w kontaktach z innymi.
Jest to bardzo niebezpieczne i dlatego u nas w domu panuje od wczoraj zasada "nic złego przy dziecku"
Prawdą jest też to, że wynosimy z życia rodzinnego pewne schematy zachowań.
Wiemy o tym i mówimy sobie np(wezme ten najbardziej kontrowersyjny temat ostatnio)
"Moi rodzice mnie bili, ale ja nie będę taki w stosunku do swojego dziecka"
Jak bardzo się niestety mylimy.
Wczoraj nawet zaobserwowałam u znajomych taką zależność.
Córka zachowała się jak matka.
Identycznie, nawet nieświadomie.
Jeżeli ktoś był bity w domu, to jak najbardziej prwdopodobne jest to, że swoje dzieci też bić będzie.
Jedyne co pomoże, to uświadomienie sobie tego i NAUKA innego reagowania(np. jeżeli chodzi o bicie)
Ile razy sama wypowiadając nawet jakieś słowa w złości do Nataszy mówię jak moja matka.
I nie chce tego,
Bie nie podobało mi się jak moja tak mówiła, ale ja jestem na etapie, że po prostu nie umiem inaczej.
Bo tak jestem nauczona.
To samo moja siostra.
Spójrzcie na siebie i powiedzcie, czy nie jesteście swoją mama? w dobrym i złym tonie.
Co do rozwoju dziecka.
Najlepszą wersją rozwoju jest kiedy dziecko może przebywać z matką i rozwijać się przy niej do 5 roku życia.
W 3 roku życia malec jest w stanie wytrzymać max. 5 godzin w przedszkolu.
Im wcześniej posyła się go do żłobka czy przedszkola, tym bardziej ingeruje się w jego rozwój.
Chodzi tutaj o to, że dziecko może i lubi spędzać czas z dziećmi.
Jednak potrzbuje też relacji z matką sam na sam i samodzielnej zabawy.
Po 10 h spędzonych w przedszkolu, odliczając czas na kąpanie, jedzenie i sen, dziecko właściwie wcale nie ma kontaktu z najbliższą mu osobą.
Przedszkole ma też to coś, że mimo iż nie może uczyć, uczy.
Uczy wykonywać polecenia, tak jak w szkole.
Nie ma tam czasu na samodzielną zabawę własną.
To samo dzieje się też w domu, kiedy dziecko jest tylko z matką.
Niektórym mamom wydaje się, że dziecko siedząc samotnie gdzieś, robiąc coś samodzielnie, nudzi się.
Nie, nic jak najbardziej mylnego.
Dziecko potrzebuje czasu wolnego od wszystkich.
Potrzebuje czaus na kreatywną, samodzielną zabawę.
Buduje wtedy swoją wyobraźnię, samodzielność, kreatywność.
Nie psujmy tego.
Ja widzę, że moje dziecko mnei czasem po prostu nie potrzebuje.
Ma swój plan w głowie i akurat teraz ma ochotę pobawić się sama nie wciągając mnie nawet w odzywanie się.
Siada i sama ogląda książeczki, przekłada z wiaderka nakrętki, gra na pianinku i tańczy sama z sobą.
Widzę, że też chce mieć swój czas na balkonie.
Gdzie jak coś ją zainteresuje to zawoła, ale wcale nie każe przy sobie siedzieć.
Sama się stymuluje, bodźcami tylko ją interesującymi.
Okazało się też, że bardzo łatwo intgerujemy w kreatywności i pomysł dziecka.
Sytuacja:
Tata wraca z pracy, dziecko ułożyło wierzę, woła tatę.
Tata podchodzi i mówi:" alee wieża, ale przecież to nie tak się buduje, trzeba te klocki tu, a te tu.."
Dz:"ale ja tak nie chce, chce tak"
T:"ale tak sie nie robi"
I tutaj wchdozimy z buciorami w głowe dziecka i narzucamy mu nasz pomysł, a dziecko uczymy, że to my mamy racje i ono musi słuchać innych.
Niszczymy w nim wtedy ten zapał, tą cudowną tak potrzebną naszej młodzieży wyobraźnie.
Obecnie nastolatkowie nie potrafią nic zrobić sami, dopóki im się nie powie co robić.
Dzieci nie potrafią się same bawić, bo nie wiedzą w co, bo zawsze mama mówiła w co się bawić a nagle mówić nie chce.
Tak samo pytałam panią dr. psycholog o metody uczenia malutkich dzieci.
Ona jest przeciwna.
Według niej dziecko powinno samo chcieć się uczyć, a nie znów dostać narzucony materiał do opanowania i znów robić coś co nie rozumie, że jest mu do czegokolwiek potrzebne.
Dziecki uczą się najlepiej wtedy, kiedy wiedzą, że im się to przyda, że będą mogły tą wiedzę wykorzystać.
Podała przykład, jak dziecko bawiące się w swoim pokoju, wbiega do mamy i krzyczy:" mamo! a jakie zwierzęta żyją w Afryce?"
I wtedy następuje największe wchłanianie wiedzy.
Dziecko pyta, chce wiedzieć.
Mówimy mu, a ono zapamiętuje to na całe życie.
Od kilku dni proszę K. żeby zwracał uwagę na podejścia dziecka.
Kiedy przynosi mu książeczkę, kedy pokazuje coś przez okno, kiedy coś usłyszy.
Ja mówi wszystko.
Opowiadam o tym.
Chcę, żeby wiedziała jak najwięcej jeżeli już zapytała.
Poswiadomi ją uczę.
Każda z nas na pewno tak robi.
Dowiedziałam się też, że każde dziecko mając swój temaperament potrzebuje innego podejścia.
Jeżeli dziecko o coś prosi to znaczy, że tego potrzebuje.
Jeżeli pragnei noszenia, to nie to, że znęca się nad rodzicem i się przyzwyczaiło (tutaj przypomina mi się Mama Okruszka, kiedy pisała, że Okruszek cały czas chce być noszony)
Monika, widocznie tego potrzebował, a ja zamiast radzić Ci, żebyś uczyła go bawić się samodzielnie, powinnam Ci mówić :"noście go, widocznie bardziej niż inne dzieci potrzebuje waszej bliskości".:)
Jeżeli rodzic chce, żeby dziecko współpracowało z nim, to musi wziąć pod uwagę temperament dziecka.
Nie klasyfikujmy dzieci jako takie same.
Każdo jest inne i do każdego trzeba inaczej podejść.
Chciałabym podsumowując napisać, że prosze Was Matki:)
pozwólcie swoim dzieciom na odrobine samodzielności i prywatności.
Nie podkładajcie im co chcile nowej zabawki jak siedzi o coś robi samo.
Ono się nie nudzi.
Samo poprosi jak mu się znudzi samotność o towarzystwo.
Dzieci są bardzo inteligentne i maja swoje JA.
Wiedzą jak przeżyć.
:)
na koniec polecam książki.
Nie poradniki!
Książki psychologiczne o rozwoju dziecka.
Bardzo przystępne dla ludzi;)
Sue Gerhardt "Znaczenie miłości"
TU
Jasper Juul "Twoja kompetentna rodzina"
TU
Jasper Juul "Twoje kompetentne dziecko"
TU
Bardzo dobre pozycje polecane przez psychologów.
:)
środa, 4 lipca 2012
Miś panda - two hand facepalm:D
Dzisiaj zostaliśmy sowicie wynagrodzeni za nasze rodzicielstwo!
Dziecko wreszcie(?!) pokazało w kąpieli, gdzie jest tata i gdzie jest mama!!
Powiedziało tez ta ta do taty, ale mamy nadal mówić do mnie nie chce, chociaż przecież wie, że ja jej mamą jestem.
;P
Najbardziej podoba mi sie miś panda ktory jest urwany na początku filmiku:)
Nie wiem skąd jej się tu utrwaliło, wcześniej robiła jedną ręką w czoło facepalm a teraz robi już dwoma:D
Tu
Dziecko wreszcie(?!) pokazało w kąpieli, gdzie jest tata i gdzie jest mama!!
Powiedziało tez ta ta do taty, ale mamy nadal mówić do mnie nie chce, chociaż przecież wie, że ja jej mamą jestem.
;P
Najbardziej podoba mi sie miś panda ktory jest urwany na początku filmiku:)
Nie wiem skąd jej się tu utrwaliło, wcześniej robiła jedną ręką w czoło facepalm a teraz robi już dwoma:D
Tu
wtorek, 3 lipca 2012
Czyste szaleństwo:D
Natasza jest bardzo żywiołowym, kreatywnym i towarzyskim bobasem.:)
Zjednuje sobie serca nawet dzieci, które najpierw nie chciały jej dać zabawki.
Wczoraj wybyłyśmy nad jezioro z ciocią Jess.
Rozłożyłyśmy się.
Dziecko stało kolo naszech kocyków z 15 min i obczajało otoczenie.
Pewnie myślała : "WTF?! tyle ludzi? tyle piasku? tam woda? a wszystko świeci tak jak psu..na wiosnę";)
Po oswojeniu się, zapoznawała się z ludźmi, z piaskiem, trochę budowałyśmy, jednak największą atrakcją jak do tej pory było zbieranie, patyczków, kapsli, kamieni, pokazywanie nam i wyrzucanie do kosza:D
W końcu po 30 min zdecydowałam, że pokaże jej wodę.
Stwierdziłam :"eee tam! zimna pewnie, zamoczy paluszki i się rozpłacze i nie będzie chciała wejść"
O losie! jakież było moje rozczarowanie:D
Dziecko tylko poczuło miękki piasek pod stopami, dotknęło rączką dna i lampka szaleńca zapaliła się w głowie!
Naprzód!!!
Pognała w sukience, sama bez trzymania, ledwo zdążyłam złapać zdjąć sukienkę, a dziecko już chciało pływać wywalone na kolana do wody prawie po nos!
Cały czas ją prężnie trzymałam, co bardzo jej się nie podobało, ale biegałyśmy z wody i do wody, w te i we wte!
A że nie liałam wodoodpornej pieluchy:D
to sprawdziłyśmy chłonność Huggiesów:D
Na zdjęciu nie widać, ale po godzinie zabawy w sodzie pielucha przeważała dziecko i ważyła conajmniej 3 kg:)
Później dołączyła się do dzieci i razem z nimi budowała przepływalnie wody, siadając w pełne błoto tą napompowaną pieluchą!
Nie straszna była chłodna woda, do moczenia się po pas, bo na więcej nie pozwoliłam.
Nie straszne były chłopaki które rozbryzgiwały wodę na wszystkich skacząc na "rzycawka" do wody:)
dziecko było tak zaaferowane pomocą koleżance i jej bratu nosząc wodę w kubeczku(zaczaiła sama ,że oni noszą w wiaderkach i wzieła mały kubeczek i tez nosiła wodę i trudziła się wlewając po kilka kropelek tego co zostało nie rozlane do dziury :) przerozkoszny widok:D)
Dziecku nie straszne było nawet po wyjściu wreszcie z wody i osuszeniu, przejście na bosaka po kamyczkach na drodze i po deskowym mini molo.
Ani jedno skrzywienie na twarzy.
Natasza kocha wodę tak jak mama:)
Co to by było za szaleństwo gdyby udało nam sie pojechac nad morze!!!
Dziecko było by w 7 niebie:D
Wygłodniała zjadła cały przygotowany makaron, ciastko, troche gofra od Jess, troche loda ode mnie no i cały wafelek od loda oczywiście:D
Cudowny dzień!
:)
oby tylko pogoda była i na paliwo było!
---------------------------------------------------------------------------------------------------
A teraz z innej beczki.
Śpieszę donieść, że czytamy książeczki.
Od tygodnia Natasza codziennie rano przynosi kolejne i czytamy.
Najbardziej upodobała sobie "Pierwsze urodziny prosiaczka "
Dzisiaj ku mojej niedoli przeczytałam ją 8!! 8 razy pod rząd.
O losie!
I codziennie tak, po 3, po 2, po 4 razy.
Wertujemy codziennie wszystkie książeczki jakie mamy.
Mamy jedną "Kocham Cię"
Gdzie króliczek opowiada o tym co kocha.
I jest obrazek jak piesek pije wodę!
Ach upodobał się najbardziej.
Mówię tak :"Natasiu, tu piesek chlipie wodę" i ruszam językiem tak jak piesek, co przez kolczyk jest dość trudne:D
a Natasza podłapuje, pokazuje na pieska i robi chlip, chlip i pokazuje na cycusia, że ona pije mleczko:D
Zaczła dostrzegać też szczegóły, a nie tylko wielkie pierwszoplanowe postacie.
Pokazuje kwiaty, motylki miodek w słoiczku, małego żuczka.
I coraz więcej mówi po swojemu.
:)
Zjednuje sobie serca nawet dzieci, które najpierw nie chciały jej dać zabawki.
Wczoraj wybyłyśmy nad jezioro z ciocią Jess.
Rozłożyłyśmy się.
Dziecko stało kolo naszech kocyków z 15 min i obczajało otoczenie.
Pewnie myślała : "WTF?! tyle ludzi? tyle piasku? tam woda? a wszystko świeci tak jak psu..na wiosnę";)
Po oswojeniu się, zapoznawała się z ludźmi, z piaskiem, trochę budowałyśmy, jednak największą atrakcją jak do tej pory było zbieranie, patyczków, kapsli, kamieni, pokazywanie nam i wyrzucanie do kosza:D
W końcu po 30 min zdecydowałam, że pokaże jej wodę.
Stwierdziłam :"eee tam! zimna pewnie, zamoczy paluszki i się rozpłacze i nie będzie chciała wejść"
O losie! jakież było moje rozczarowanie:D
Dziecko tylko poczuło miękki piasek pod stopami, dotknęło rączką dna i lampka szaleńca zapaliła się w głowie!
Naprzód!!!
Pognała w sukience, sama bez trzymania, ledwo zdążyłam złapać zdjąć sukienkę, a dziecko już chciało pływać wywalone na kolana do wody prawie po nos!
Cały czas ją prężnie trzymałam, co bardzo jej się nie podobało, ale biegałyśmy z wody i do wody, w te i we wte!
A że nie liałam wodoodpornej pieluchy:D
to sprawdziłyśmy chłonność Huggiesów:D
Na zdjęciu nie widać, ale po godzinie zabawy w sodzie pielucha przeważała dziecko i ważyła conajmniej 3 kg:)
Później dołączyła się do dzieci i razem z nimi budowała przepływalnie wody, siadając w pełne błoto tą napompowaną pieluchą!
Nie straszna była chłodna woda, do moczenia się po pas, bo na więcej nie pozwoliłam.
Nie straszne były chłopaki które rozbryzgiwały wodę na wszystkich skacząc na "rzycawka" do wody:)
dziecko było tak zaaferowane pomocą koleżance i jej bratu nosząc wodę w kubeczku(zaczaiła sama ,że oni noszą w wiaderkach i wzieła mały kubeczek i tez nosiła wodę i trudziła się wlewając po kilka kropelek tego co zostało nie rozlane do dziury :) przerozkoszny widok:D)
Dziecku nie straszne było nawet po wyjściu wreszcie z wody i osuszeniu, przejście na bosaka po kamyczkach na drodze i po deskowym mini molo.
Ani jedno skrzywienie na twarzy.
Natasza kocha wodę tak jak mama:)
Co to by było za szaleństwo gdyby udało nam sie pojechac nad morze!!!
Dziecko było by w 7 niebie:D
Wygłodniała zjadła cały przygotowany makaron, ciastko, troche gofra od Jess, troche loda ode mnie no i cały wafelek od loda oczywiście:D
Cudowny dzień!
:)
oby tylko pogoda była i na paliwo było!
---------------------------------------------------------------------------------------------------
A teraz z innej beczki.
Śpieszę donieść, że czytamy książeczki.
Od tygodnia Natasza codziennie rano przynosi kolejne i czytamy.
Najbardziej upodobała sobie "Pierwsze urodziny prosiaczka "
Dzisiaj ku mojej niedoli przeczytałam ją 8!! 8 razy pod rząd.
O losie!
I codziennie tak, po 3, po 2, po 4 razy.
Wertujemy codziennie wszystkie książeczki jakie mamy.
Mamy jedną "Kocham Cię"
Gdzie króliczek opowiada o tym co kocha.
I jest obrazek jak piesek pije wodę!
Ach upodobał się najbardziej.
Mówię tak :"Natasiu, tu piesek chlipie wodę" i ruszam językiem tak jak piesek, co przez kolczyk jest dość trudne:D
a Natasza podłapuje, pokazuje na pieska i robi chlip, chlip i pokazuje na cycusia, że ona pije mleczko:D
Zaczła dostrzegać też szczegóły, a nie tylko wielkie pierwszoplanowe postacie.
Pokazuje kwiaty, motylki miodek w słoiczku, małego żuczka.
I coraz więcej mówi po swojemu.
:)
niedziela, 1 lipca 2012
o jedzeniu i o książce-moja recenzja
Ależ mi się omlet udał!:D
Jak biszkopt!
K. powiedział, że minęłam się z powołaniem :)
Jedliśmy dziś niedzielne śniadanie na słodko.
Omlet z dżemem wiśniowym i bitą śmietaną.
Natasza zajadała najwięcej to śmietany i dżemu:D
ale omleta tez zjadła kawałek.
Popiła mlekiem krowim.
Jak zobaczyła co jej daje!
Ludzie!
Jak wygłodniały wilk.
Oczy jak 5 zł.
I jeden wypisany na twarzy, krzyczący wręcz wyraz: MLEKOOOOOO!
hahah
Podałam do wyciągniętych łapek.
Piła, piła, oddychała, piła i piła aż wypiła połowę niekapka! :D
Ależ była szczęsliwa.
A potem dossała dwa łyki mleka z cycka i odpłynęła w 3,5 h drzemkę!
Ani pralka, ani mop, ani zgrzytanie walizką z narzędziami po podłodze, ani kawa z ekspresu, ani wyjące przez godzinę dziecko przez otawarty balkon ani Nasze gadanie... NIC jej nie zbudziło!
Chodziłam po 2 h spania i zaglądałam co 15 min czy aby żyje.
;)
Nie wiem co w tym jest, ale w ciąży jadłam tony mandarynek, bananów, pomarańczy.
Wypijałam hektolitry wody, coli, mleka.
Pochłaniałam wszystko co słodkie.
Tuńczyka jadam przez 3 miesiące na śniadanie i na kolacje.
Nie wiem co w tym jest, ale dziecko moje uwielbia te wszystkie rzeczy podwójnie.
Oprócz tuńczyka ;)
Jedyne co to truskawki ktore też uwielbia i arbuza które to jadam w mniejszych ilościach bo w zimie ich nie było.
Nie zapomnę jak w styczniu czy grudniu błagałam K. żeby gdzieś znalazła arbuza!!
Żeby zamówił w piotrze i pawle chociaż plasterek za 10zl za kilogram.
hahahah
zachcianki ciążowe były wybitnie śmieszne:D
Ach! nie wiem jeszcze czy Natasza lubi pączki!:D
Pączki pochłaniałam w ilościach conajmniej kartonowych:)
i cola..
prawie codziennie chociaż jedną puszeczkę..:)
Natasza jak poczuje smak coli na języczku to mało nie zabije za nią:D
Uwielbia to co ja pochłaniałam w ciąży..
Ciekawe. nie czytałam o tym, że to przechodzi do życia pozapłodowego:)
Chciałam też napisać dziś, że doczytałam ostatnie 4 kartki "Macierzyństwa non-fiction".
Obale teraz wizję książki, że niby jest zaprzeczeniem piękna macierzyństwa, że pokazuje jakie jest straszne, i zniechęca do niego, albo innych niewłaściwych obelg na książkę.
Dla mnie autorka znalazła sposób na wyrwanie innych matek z niedoli potępienia.
Dla mnie autorka wylała swój żal, zmęczenie, przemyślenia na papier pod postacią żartu.
Och! ileż razy ja się śmiałam w autobusie i na przystanku- bo tylko tam ja miałam szanse przeczytać.
Ile razy ludzie patrzyli na mnie jak na zwariowana, kiedy ocierałam łzy wzruszenia i myślała :" no przecież pisze o mnie!"
Według mnie pisze o wypaleniu zawodowym- matkowieniu.
Pisze o rozdarciu i nie mocy odnalezienia się w nowej nieznanej sytuacji.
O wystawieniu swojej siły, emocji, cierpliwości na próbę.
O tym ciężkich chwilach kiedy to trzeba się komuś wygadać, bo inaczej się pęknie z nadmiaru wydarzeń.
O tym ile pracy wymaga macierzyństwo.
Z ilu rzeczy trzbea zrezygnować, przeorganizować życie.
O tym jak ciężko się do tej sytuacji przyzwyczaić i wżyć w nią.
O tym jak zmienia się patrzenie kobiety z pryzmatu kobiety na pryzmat matki.
O tym jak "tracimy dziewictwo" samotności kobiecej i zostajemy na długi okres czasu zjednoczone z dzieckiem.
O podejściu osób nie mających dzieci.
Pisze o tym tak lekko, tak śmiesznie, że w sumie człowiek się śmieje, że to było dla niego problemem.
Książka napisana żartem o prawdzie.
O ciężkości wyzwania jakiego podejmuje się kobieta.
Bo przecież dziecko to wielkie wyzwanie!
Nie każdy jest w stanie je podjąć.
Widać to po domach dziecka(nie przytaczajcie tu, ze domy dziecka mają pod swoją opieką też dzieci rodziców ginących w wypadkach, ja piszę tu tylko o porzuconych).
Do kogo skierowana jest książka?
Do kobiet-matek, które sobie nie radzą, myślą, że tylko one tak mają.
Do kobiet-matek, które chcą sobie poprawić humor.
Do kobiet, które chcą poznać inną stronę macierzyństwa, a nie słuchać kolejnych bezproblemowych opowieści od koleżanek.
Do kobiet, które nie boją się przyznać do prawdy, że macierzyństwo to nie tylko dziecko zdrowe, śpiące, patrzące.
I jeszcze jedno.
Czy to nie prawda, że z pojawieniem się dziecka człowiek traci wolność?
Jeżeli nie, to dlaczego z babki na matki przechodzi stare powiedzenie, które nawet moja mama mi mówiła:
"dziecko zawiąże ci świat"
Bo to prawda.
Dziecko już w brzuchu ogranicza naszą wolność, bo coś boli, bo nie dobrze, bo senność, bo sikać trzeba co pięć minut, bo skurcze, bo ciężko itd.
A po urodzeniu?
Absorbuje cały nasz czas.
I co najważniejsze: już zawsze będzie. Nawet jak sie je odda na tydzień do babci jak będzie miało 3 lata.
To ono i tak będzie siedzieć w naszej głowie.
A autorka, pisze o właśnie utraconej wolności.
Prawdę pisze.
Pisze o czasie, o laktacji, o śnie, o płaczu, o partnerstwie, o libido...
o wszystkim, bez ogródek.
Uważam, że książka zrobi furorę i była bardzo potrzebna.
Polecam gorąco!
Książka Tu
Jak biszkopt!
K. powiedział, że minęłam się z powołaniem :)
Jedliśmy dziś niedzielne śniadanie na słodko.
Omlet z dżemem wiśniowym i bitą śmietaną.
Natasza zajadała najwięcej to śmietany i dżemu:D
ale omleta tez zjadła kawałek.
Popiła mlekiem krowim.
Jak zobaczyła co jej daje!
Ludzie!
Jak wygłodniały wilk.
Oczy jak 5 zł.
I jeden wypisany na twarzy, krzyczący wręcz wyraz: MLEKOOOOOO!
hahah
Podałam do wyciągniętych łapek.
Piła, piła, oddychała, piła i piła aż wypiła połowę niekapka! :D
Ależ była szczęsliwa.
A potem dossała dwa łyki mleka z cycka i odpłynęła w 3,5 h drzemkę!
Ani pralka, ani mop, ani zgrzytanie walizką z narzędziami po podłodze, ani kawa z ekspresu, ani wyjące przez godzinę dziecko przez otawarty balkon ani Nasze gadanie... NIC jej nie zbudziło!
Chodziłam po 2 h spania i zaglądałam co 15 min czy aby żyje.
;)
Nie wiem co w tym jest, ale w ciąży jadłam tony mandarynek, bananów, pomarańczy.
Wypijałam hektolitry wody, coli, mleka.
Pochłaniałam wszystko co słodkie.
Tuńczyka jadam przez 3 miesiące na śniadanie i na kolacje.
Nie wiem co w tym jest, ale dziecko moje uwielbia te wszystkie rzeczy podwójnie.
Oprócz tuńczyka ;)
Jedyne co to truskawki ktore też uwielbia i arbuza które to jadam w mniejszych ilościach bo w zimie ich nie było.
Nie zapomnę jak w styczniu czy grudniu błagałam K. żeby gdzieś znalazła arbuza!!
Żeby zamówił w piotrze i pawle chociaż plasterek za 10zl za kilogram.
hahahah
zachcianki ciążowe były wybitnie śmieszne:D
Ach! nie wiem jeszcze czy Natasza lubi pączki!:D
Pączki pochłaniałam w ilościach conajmniej kartonowych:)
i cola..
prawie codziennie chociaż jedną puszeczkę..:)
Natasza jak poczuje smak coli na języczku to mało nie zabije za nią:D
Uwielbia to co ja pochłaniałam w ciąży..
Ciekawe. nie czytałam o tym, że to przechodzi do życia pozapłodowego:)
Chciałam też napisać dziś, że doczytałam ostatnie 4 kartki "Macierzyństwa non-fiction".
Obale teraz wizję książki, że niby jest zaprzeczeniem piękna macierzyństwa, że pokazuje jakie jest straszne, i zniechęca do niego, albo innych niewłaściwych obelg na książkę.
Dla mnie autorka znalazła sposób na wyrwanie innych matek z niedoli potępienia.
Dla mnie autorka wylała swój żal, zmęczenie, przemyślenia na papier pod postacią żartu.
Och! ileż razy ja się śmiałam w autobusie i na przystanku- bo tylko tam ja miałam szanse przeczytać.
Ile razy ludzie patrzyli na mnie jak na zwariowana, kiedy ocierałam łzy wzruszenia i myślała :" no przecież pisze o mnie!"
Według mnie pisze o wypaleniu zawodowym- matkowieniu.
Pisze o rozdarciu i nie mocy odnalezienia się w nowej nieznanej sytuacji.
O wystawieniu swojej siły, emocji, cierpliwości na próbę.
O tym ciężkich chwilach kiedy to trzeba się komuś wygadać, bo inaczej się pęknie z nadmiaru wydarzeń.
O tym ile pracy wymaga macierzyństwo.
Z ilu rzeczy trzbea zrezygnować, przeorganizować życie.
O tym jak ciężko się do tej sytuacji przyzwyczaić i wżyć w nią.
O tym jak zmienia się patrzenie kobiety z pryzmatu kobiety na pryzmat matki.
O tym jak "tracimy dziewictwo" samotności kobiecej i zostajemy na długi okres czasu zjednoczone z dzieckiem.
O podejściu osób nie mających dzieci.
Pisze o tym tak lekko, tak śmiesznie, że w sumie człowiek się śmieje, że to było dla niego problemem.
Książka napisana żartem o prawdzie.
O ciężkości wyzwania jakiego podejmuje się kobieta.
Bo przecież dziecko to wielkie wyzwanie!
Nie każdy jest w stanie je podjąć.
Widać to po domach dziecka(nie przytaczajcie tu, ze domy dziecka mają pod swoją opieką też dzieci rodziców ginących w wypadkach, ja piszę tu tylko o porzuconych).
Do kogo skierowana jest książka?
Do kobiet-matek, które sobie nie radzą, myślą, że tylko one tak mają.
Do kobiet-matek, które chcą sobie poprawić humor.
Do kobiet, które chcą poznać inną stronę macierzyństwa, a nie słuchać kolejnych bezproblemowych opowieści od koleżanek.
Do kobiet, które nie boją się przyznać do prawdy, że macierzyństwo to nie tylko dziecko zdrowe, śpiące, patrzące.
I jeszcze jedno.
Czy to nie prawda, że z pojawieniem się dziecka człowiek traci wolność?
Jeżeli nie, to dlaczego z babki na matki przechodzi stare powiedzenie, które nawet moja mama mi mówiła:
"dziecko zawiąże ci świat"
Bo to prawda.
Dziecko już w brzuchu ogranicza naszą wolność, bo coś boli, bo nie dobrze, bo senność, bo sikać trzeba co pięć minut, bo skurcze, bo ciężko itd.
A po urodzeniu?
Absorbuje cały nasz czas.
I co najważniejsze: już zawsze będzie. Nawet jak sie je odda na tydzień do babci jak będzie miało 3 lata.
To ono i tak będzie siedzieć w naszej głowie.
A autorka, pisze o właśnie utraconej wolności.
Prawdę pisze.
Pisze o czasie, o laktacji, o śnie, o płaczu, o partnerstwie, o libido...
o wszystkim, bez ogródek.
Uważam, że książka zrobi furorę i była bardzo potrzebna.
Polecam gorąco!
Książka Tu
Subskrybuj:
Posty (Atom)







